RSS
środa, 13 stycznia 2010
Ani eee ani eee

Nie angażuję się w życie trójki klasowej, nie należę do kółka zainteresowanych mam, roztaczających ochronny parasol nad moim maleństwem. Nie jestem zaprzyjaźniona z wychowawczynią, nie zgłaszam się na ochotnika na opiekuna dzieci na czas wycieczek, wypraw etc. Ja po prostu nie mam czasu. Nie leżę i nie pachnę w między czasie.

Podziwiam mamy, które nie opuściły ani jednej wizyty swojego dziecka na basenie (w ramach WF), mamy, które organizują kółka łyżwiarskie, razem z dojazdem na lodowisko.

Zastanawiam się czy to kwestia mojego lenistwa, czy nieumiejętnej organizacji.

Nie wiem, czy wcześniej wymieniane mamy pracują, czy mają więcej dzieci. Jak wygląda ich życie w ogóle. Jak one dają sobie z tym radę???

Wiem, że mi czasem brakuje czasu, żeby zejść do sklepu i chleb kupić, więc na wszelki wypadek mam kilka zamrożonych bułek.

Chciałabym się dowiedzieć, czy jestem rozleniwiona prywatnym przedszkolem i przyzwyczajona do wygód, które oferowało w ramach czesnego, ale które nie angażowało mnie specjalnie w sprawy dla mnie nie istotne, a jedynie raz na jakiś czas opiekunka grupy przedszkolnej przekazywała mi najważniejsze informacje o postępach lub ich braku mojego dziecka.

Niestety po przejściu Maryśki do szkoły sytuacja uległa zmianie.

Ja nie ogarniam:

A. comiesięcznych wpłat za:

- Stołówkę

- świetlicę

- basen

- ubezpieczenia

B. kontroli czy moje dziecko ma komplet książek i zeszytów, klejów, nożyczek, plasteliny, kartek, szczoteczki do zębów, pasty, mydła, oraz ręczników papierowych i tysięcy innych niezbędnych jej w klasie produktów. Każda z tych rzeczy zużywa się w niekontolowany sposób i w niekontrolowanym czasie - oczywiście zbyt szybko, i oczywiście każda z wymienionych rzeczy w innym momencie. Średnio raz w tygodniu Miśka zgłasza jakieś braki.

W tym tygodniu jest to zeszyt w linie i zeszyt do kaligrafii.

Zeszytów we wrześniu kupiłyśmy zapas, jak mi się wydawało na najbliższe 15 lat, a zeszyt do kaligrafii był u niej w zagródce w klasie i magicznie przepadł. Maryśka powiedziała, że kiedy dzieci kaligrafowały, ona na pożyczonej kartce w linie musiała pisać:

eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee...

Czarna rozpacz

16:43, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 stycznia 2010
Po pierwsze Obowiązkowość

Okres jesienno zimowy nigdy nie był specjalnie fortunny. To czas zachorowań, chuchania na dziecko, strachu o byle gila i latania dziur na zastępstwo do chorych dzieci. Ponadto w naszym życiu rodzinnym nastąpiło kilka zmian większych i mniejszych, które automatycznie wpłynęły na moje uporczywe milczenie. Przynajmniej na blogu, w życiu realnym milczę raczej mało.

Maryśka robi w szkole niesamowite postępy. Fantastycznie daje sobie radę z liczeniem - dodaje  i odejmuje w pamięci w ramach 10, Czyta coraz lepiej, a tym samym chętniej i więcej. Ostatnio zabroniła czytać sobie polecenia do zadań i prac domowych. Pani kazał im czytać samym, co też Maryśka skrupulatnie wykonuje, czerpiąc z tego ogromną przyjemność.

Nie zawsze jednak było tak różowo. Czasem odrabianie prac domowych to był horror. Nauczycielka wyszła z założenia, że codzienny obowiązek wyrobi w dzieciach odpowiednie, czytaj właściwe nawyki - OBOWIĄZKOWOŚĆ. Oczywiście od razu u Maryśki wywołało to BUNT. Do tej pory mogła po powrocie w przedszkola bawić się do woli. Teraz jej przerywałam i zmuszałam do pracy i wysiłku umysłowego.

Szczerze, też bym się zbuntowała.

Kupiliśmy nowe biurko, z szafeczką, lampeczką, cudami wiankami. Że niby to miało jej dodać tu i ówdzie, mile połechtać gdzie bądź.

To jednak nie było to.

Aż tu  nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Maryśce zaczęło się udawać, zaczęła czytać, liczyć jeszcze lepiej niż do tej pory. Zaskoczyła.

To był moment przełomowy. Praca domowa przestała być koszmarem.

Uff.

Dla mnie też.

 

12:24, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2009
Matka pracująca

Młody zaczyna się wiercić w łóżku koło 6.30. W małżeńskim łóżku, bo dziś przy trzeciej pobudce znów nie miałam siły go lulać w jego łóżeczku, więc go wzięłam do nas. Ja wiem, że to ma krótkie nogi. Trudno. Ja chcę się wyspać.

- Maryśka wstawaj, kochanie. Pora do szkoły.

Ani drgnie. Szykuję śniadanie, mleko dla młodego.

- Maryś, szybciutko.

- Hmmmm - mruczy Mała, przewracając się na drugi bok.

A mówiłam wieczorem, żeby już spała, a nie hasała po pokoju do Bóg wie której. Ale tu przecież trzeba przeczytać bajkę, poprzytulać się, przykryć lalkę-faworytkę kołderką, włączyć lampkę, wyłączyć lampkę, pogłaskać kota, zamienić kołdrę na koc, włączyć lampkę, zamienić koc na kołdrę, rozplątac warkocze... etc.

Kanapka jedna pokrojona w kosteczkę dla Młodego. Kanapka druga przekrojona na pół, ogórek, gorąca herbata.

A w głowie szybkie procesy myślowe:

- Niania wychodzi o 17.30. Trzeba przejąć Młodego

- Pracę kończę o 18.

- Maryśkę odbieram ze szkoły do 17.

- Zebranie szkolne zaczyna się o 18.

W ciągu jednej godziny muszę być w czterech miejscach na raz.

To zadanie dla Matki Pracującej!

- Maryś, hop, hop. Tu masz ubranie, tu śniadanie. Leć się myć i pędzimy.

W drodze do pracy wykonałam kilka telefonów. Oto owoce ustaleń.

Ja siedzę w pracy do 18, ale wyjdę kwadrans wcześniej.

Moja mama, która odbiera dziś ojca z lotniska po drodze (bardzo nie po drodze) pojedzie wcześniej po Małą i pojedzie do siebie do domu.

Ciocia, która nie zna Młodego, ale za to zna nianię pojedzie do mojej mamy i przejmie Maryśkę. A potem uda się do nas do domu.

Tam pobędzie godzinkę - dwie z nianią i Młodym, żeby Młody się z nią oswoił.

Niania wyjdzie.

Zostanie ciocia, Maryśka i Młody

Maryśka zrobi prace domową i powie cioci co i jak u nas w domu.

Ciocia położy dzieci spać.

Ja wrócę do domu po zebraniu. Podziękuję cioci, przeproszę za kłopot i zrobię obiad na jutro, bo druga - jutrzejsza niania nie gotuje.

Maryśka jest szczęśliwa, bo coś się dzieje.

Coś.

14:21, matka_6_latki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 października 2009
Upiory dzieciństwa

Pamiętacie dni, kiedy nic wam do głowy nie wchodziło? Może słońce za mocno świeciło, a może dostaliście właśnie nową zabawkę? Koleżanka/ kolega powiedział/-a właśnie coś wyjątkowo miłego, albo wręcz odwrotnie - wrednego? W każdym razie wydarzyło się coś, co nie pozwalało wam się skupić na zadanych ćwiczeniach.

Rodzice siedzieli nad wami marząc o tym, żeby usłyszeć wreszcie prawidłową odpowiedź, ale wy jej nie znajdowaliście. Pewnie była gdzieś w pobliżu, ale przegrywała z nową piłka, filmem obejrzanym telewizji, albo choćby z pianą w kąpieli.

Cokolwiek to nie było, prawidłowe odpowiedzi na rodzicielskie pytania rosły wam w gardle niczym kluchy i nie chciały wydostać się za zewnątrz. W końcu znajdowały ujście. Płynęły obficie po policzkach.

Ja pamiętam te chwile bardzo dobrze i pamiętam również, jak mówiłam, że ja nigdy taka nie będę. Nigdy nie będę tak się nad swoim dzieckiem „znęcać”.

Tym bardziej jestem przerażona i jest mi po ludzku przykro, że mnie to nic a nic nie nauczyło. Że jestem taka sama, jak mój ojciec, który wściekał się, bo czegoś nie umiałam, bo mi nie wychodziło.

Pamiętam, że im bardziej mi nie wychodziło tym bardziej on się wściekał. Im bardziej się wściekał tym bardziej mi nie wychodziło.

Wąż zjadał swój ogon…

Dziś zaczął konsumpcje na nowo.

Poniosłam porażkę. Pedagogiczną. Zawiodłam również jako matka. Nie umiałam się powstrzymać i się wściekłam.

Na moje własne cudowne i mądre dziecko, bo nie było w stanie zapamiętać kilku słówek po angielsku.

Wstyd mi za siebie.

Obudziłam upiory dzieciństwa.

22:41, matka_6_latki
Link Komentarze (2) »
środa, 14 października 2009
Dwie córeczki w jednej

Od pierwszego września mam w domu aż dwie córeczki. Dwie córeczki w jednej.

Maryśka Pierwsza:

Poszła właśnie do szkoły. Jest dużą odpowiedzialną dziewczynką. Lubi się uczyć, umawiać się z koleżankami po szkole i chodzić spać do babci w weekend. Kocha się przytulać, ale zazwyczaj nie ma na to czasu, bo musi:

Przewinąć lalki, Narysować rysunek, Napisać list do koleżanki, Pograć na komputerze, pójść na rolki lub rower, poganiać się z kotami, poczytać, napisać książkę (czasem od prawej do lewej, ale za to zawsze o krulewnie przez „U”.)

Ponadto chętnie wykazuje się samodzielnością, uczy się numerów telefonów rodziny na pamięć i nie straszne są dla niej szczepionki – no prawie.

Maryśka Druga:

Podkrada bratu smoczki, chętnie wysiudałaby go z wózka, czasem próbuje ssać kciuk. Chętnie mówi „Nie umiem” i „nie wiem jak”.

Nagle oduczyła się pływać. Najwygodniejsze miejsce w domu, to moje kolana.

Kocham je obie

21:20, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 października 2009
Wybory matki

Dziś zawiozłam Małą jak zwykle do szkoły na rano. W piątek na pierwszej lekcji dzieci mają religię. Pan od religii przychodzi na styk. I sala była jeszcze zamknięta, a ja musiałam pilnie wyjść. Nie mogłam czekać ani chwili dłużej, bo wiedziałam, że i tak jestem w niedoczasie. Widziałam, że inni rodzice zostawiali swoje dzieci ( z Klasy Maryśki) i wychodzili przed rozpoczęciem lekcji i bez zbędnych i wylewnych pożegnań.

Ale to był mój pierwszy raz. To był pierwszy raz Maryśki. Jak powiedziałam jej, że musi pięć minut poczekać  przed klasą oczy zaszły jej łzami, a broda zaczęła się niebezpiecznie trząść. Kierowałam się w stronę wyjścia, ale Mała wczepiała się coraz mocniej w moja spódnicę i coraz głośniej prosiła, abym nie wychodziła.

Ale ja musiałam. Ten jeden raz - musiałam.

Stanęłam przed dylematem:

A. Być wredną i wyrodna matką, ale dotrzymać terminów.

B. Być kochaną, słodką mamusią, ale kompletnie nawalić. (niekiedy trzy minuty opóźnienia rano, daje na warszawskich ulicach efekt domina: Wszystko się wali, na ulice wyjeżdża więcej samochodów niż zwykle i spóźnienie nie wynosi trzy minuty, a pół godziny.

Myśleć musiałam bardzo szybko. Decyzję podjęłam błyskawicznie:

Wybrałam opcję:

C. Być kochaną, słodką mamusią i wyjść natychmiast

Nie jestem złą matką zostawiając Małą w szkole, na ławeczce przed klasą - myślałam - Nie porzucam jej w lesie. Obok czeka wiele dzieci bez rodziców. Przyda jej się odrobina samodzielności. Ale gdzieś tam w środku sama w to nie wierzyłam.

I wyszłam.

I porzuciłam dziecko.

A jak wróciłam z pracy to Maryśka z wypiekami na twarzy opowiadała właśnie babci – która ją dziś odbierała, jak to była dziś rano dzielna, bo sama poczekała przed klasą na nauczycielkę.

20:51, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 października 2009
Religia w szkole

Każdy z pierwszoklasistów ma dzienniczek, który służy do wymiany informacji pomiędzy nauczycielami a rodzicami. Do tej pory byłam czytelnikiem, ale przełamałam pierwsze lody i koty za płoty. Napisałam do pana od religii, że przepraszam, ale moje dziecko wciąż nie ma podręcznika. Mea culpa. Nie tłumaczyłam się, bo...

W szkole Maryśki jest etyka. Uczęszcza na nią pięcioro dzieci z całej szkoły. Napisałam słownie, aby nie było wątpliwości i abym nie musiała uciekac się do łaciny (sic!). Moja córka nie chodzi na etykę, chodzi na religię. Z wygody i też troszkę przekonań. Zniosę ciosy od przeciwników hipokryzji.

Osobiście uważam, że każde dziecko powinno uczęszczac na etykę, a religia powinna byc tylko dla chętnych i tylko na pierwszej lub ostatniej godzinie lekcyjnej. Zamknęłoby to usta przeciwnikom/ zwolennikom dowolnej opcji, a przede wszystkim uchroniłoby nasze dzieci przed ośmieszeniem – jeśli ich rodzice wybrali etykę. Kiedy wyobrażam sobie, że to mnie rodzice wysyłają jako jedynąw klasie i jedną spośród pięciu w szkole na lekcję etyki, a reszta dzieci w tym czasie się bawi… Dostaję gęsiej skórki.

Ad rem.

Tylko na religię rodzice musieli kupic książkę, bo na pozostałe przedmioty podręczniki zamawiała szkoła. Z  braku czasu (i troszeczkę chęci) zamówiłam książkę w jednej z księgarni katolickich w Internecie. Wczoraj minęły trzy tygodnie, a książki nie było. Postanowiłam zadzwonic i dopytac o los przesyłki.

Pan w słuchawce nie był zorientowany, poszurał jakimiś kartkami i powiedział, że tak, zamówienie nie zostało zrealizowane.

A kiedy będzie? – zapytałam zaciekawiona

Pan poszurał kartkami i powiedział, że może bym przyjechała osobiście.

Pojechałam i książkę kupiłam osobiście.

Jutro Mała pójdzie pierwszy raz do szkoły z książką do religii... Jest październik...

A swoją drogą to Maryśka uważa, że religia jest nudna. A nie mówi tak o żadnych innych lekcjach. Podobno wszytkie inne lekcje są super. A z tego to już się powinien pan od religii tłumaczyc.

22:52, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 04 października 2009
Domowa logistyka

Maryśka każdego dnia naukę rozpoczyna o ósmej rano.

Pół do siódmej - pobudka. Szybkie ubieranie – ubranie szykuje dnia poprzedniego. Szybka kanapka – w szkole o dziewiątej jest śniadanie. Szybkie mycie – słyszę bzyczenie szczoteczki więc zakładam (może naiwnie), że Maryśka zęby myje. Herbata w termos. Buty na nogi, kurtka na grzbiet i Mała gotowa. Kiedy Maryśka się ubiera, ja szykuję Młodego. Potem pakuję obydwoje do samochodu i jedziemy przez zatłoczone ulice Warszawy oraz omijamy remonty piętrzące się na naszej trasie. To chyba taki test sprawnościowy dla mieszkańców.

Gdyby nie te remonty miałabym kwadrans zapasu. To kupa czasu – szczególnie rano. Szczególnie ukradzionego ze snu.

Wybiegamy z samochodu. Młody jeszcze średnio mobilny więc wciskam go pod pachę, a mówię uczciwie - 12 kilo ciężko od tak sobie po prostu wcisnąć pod pachę.

Boję się myśleć co będzie zimą. Te kombinezony, cieknące breją buty zimowe. Te czapki. Te kolejne warstwy sweterków łuszczące się z dzieci, które wyglądają jak pękate cebule. Te szaliczki, wiecznie ginące rękawiczki i ciasne rajstopki. Już się cieszę.

Do szkoły wpadamy na szczęście nie ostatnie. Po nas wpada zziajana mama Natalki i Karoliny. Kiedy wychodzę - widzę pędzącą mamę Jasia i Kubusia. To zawsze są mamy. One zawsze pędzą.

Mama Natalki mówiła, że jej mąż nie zawozi dzieci do szkoły, bo mu nie po drodze na siłownie…

Zbieram się z Młodym, bo musze go odstawić niani. W drugą stronę – czyli do domu - jadę dłużej, bo z korkami. Po trzech kwadransach docieram z ryczącym Młodym – to i tak sytuacja lepsza z dwóch, bo jeśli nie ryczy to znaczy, że zasnął. A jeśli zasnął to za cholerę nie mogę go ruszyć z fotelika, bo mój syn budzi się nawet na pierdnięcie muchy w sąsiednim pokoju. Samo wyłączenie silnika spowoduje, że mój syn, jako godny przedstawiciel męskiego gatunku, będzie niezadowolony, nieszczęśliwy, załamany. Jednym słowem będzie ryczący i rozmarudzony przez najbliższych kilka godzin. Nie mogę zrobić tego niani.

Wpadam do domu, jedna ręka pilnuję Młodego, drugą skrobie marchew na zupę. Potem w oczekiwaniu na nianię jeszcze tylko szybko zmywam, wstawiam pranie i zmiatam żwirek z kociej kuwety. Który jest rozsypany po całym domu.

Potem pędem do roboty.

W robocie zastanawiam się dlaczego mój mąż dziś znów nie będzie mógł odebrać Maryśki. Potem wybiegam z pracy po nią albo i nie (jeśli dzień pracy mojego męża będzie dla nas łaskawy). Na szczęście jest świetlica. Maryśka ma superzajęcia pozalekcyjne i nie odbieram jej przez 16-17.

Szczęśliwie dla domowej logistyki Mała zrezygnowała ostatnio z tańca.

Potem migiem (jeśli w korku robi cokolwiek się migiem), wracamy do domu. Do wyboru zabawa, rysowanie, malowanie, nuda, rolki, rower, koleżanka, Co kto woli.

A i to nie za długo, bo czeka praca domowa, która jest dla mnie nie lada wyzwaniem. Po pierwsze trzeba o niej pamiętać. Po drugie i dzieci i my rodzice mamy się nauczyć systematyczności. Po trzecie, piąte i dziesiąte: szlaczki, literki, cyferki, rysunki, malunki, kolorowanki. Łatwizna? Zobaczycie sami.

21:48, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 września 2009
Powiedz Buba. Jesteś Gruba.

Jutro Mała jedzie na pierwszą w życiu wycieczkę klasową.

- Mamo, ale Pani powiedziała, że jak będziemy niegrzeczni, to już nigdy w życiu nie pojedziemy na żadną wycieczkę. Ale chłopaki często rozrabiają. Jasiek na przykład wymyśla ciągle głupie rymy. Mówi:

- Powiedz Buba. Jesteś Gruba.

- Powiedz Mowa. Jesteś Krowa.

A jak Jasiek znowu będzie tak gadał i nigdy przez niego na wycieczkę już nie pojedziemy? Ale ja chcę chodzić na wycieczki. Filip (kolega ze starszej klasy – dopisek mamy) był już na trzech w tym roku. I ja też chce iść jeszcze na trzy.

A w ogóle to Jasiek jest bardzo fajny i do mnie wcale tak nie mówi. Wiesz mamo, Jasiek, to mnie chyba lubi.

A jak ostatnio Pani nam kazała się ustawić w pary, to potem na nas bardzo nakrzyczała, że źle stoimy. A my wcale źle nie staliśmy. Wszyscy się bardzo starali i trzymali się w parach za ręce. To co jak tym razem Pani też będzie taka niesprawiedliwa?

Mamo, musisz zapłacić Pani 22 złote na wycieczkę, na bilet. A na piątek mamy przynieść kasztany. A na czwartek potrzebuje jakiś owoc.

Jasiek powiedział, że przyniesie jabłko.

A przyjdziesz kiedyś popatrzeć jak pływamy na basenie?

To zobaczysz tez, że ładnie się w pary ustawiamy.

Fajnie, że jutro jest ta wycieczka.

23:14, matka_6_latki
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 września 2009
Strach przez dwóją

Maluchom z pierwszej klasy nie stawia się ocen. Na marginesach zeszytów, zeszytów ćwiczeń i książek nauczyciel rysuje jedynie (albo aż) uśmiechnięte buzie, krasnale, kwiatki. Mają one służyć jako informacja bardziej dla rodzica niż dla dziecka – kiedy na tych marginesach są, oznacza to, że jest się z czego cieszyć. Dla dziecka mają być zachęta do dalszej pracy i służą jako pozytywne wzmocnienie.

Brak jakiejkolwiek informacji, jest natomiast znakiem dla rodzica, że jeśli dziecko nie jest chwalone to nie ma za co, a jak nie ma za co, to może warto trochę z dzieckiem popracować.

Układ całkiem uczciwy.

Zważywszy, że znalazłam ostatnio uśmiechnięta buzię na marginesie zeszytu ćwiczeń Maryśki. To się/ją chwalę.

Brak zwykłych ocen ma oszczędzić dzieciom stresu związanego z porażką – kto z nas nie pamięta pierwszej dwói z dzienniczka i strachu związanego z tym, że informacje trzeba przekazać rodzicom.

Teraz nauczyciel wręcza rodzicom na zakończenie roku świadectwo, na którym jest ocena opisowa, która ma wskazać mocne strony dziecka – nie tylko te naukowe, ale również społeczne - oraz pokazać, jakie postępy czyni dziecko i nad czym warto jeszcze popracować.

Ulgowe traktowanie sześciolatków, to również przymykanie oka na spóźnienia oraz brak wpływu nieobecności na ocenę końcową z zachowania.

Bardzo mnie to cieszy, bo lubimy w ciągu roku, poza okresem wakacyjnym wyjechać. A nie chciałabym mieć złej oceny Maryśki na sumieniu.

 

21:50, matka_6_latki
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3