RSS
piątek, 12 marca 2010
Ukrzyżowanie Chrystusa w(na) oczach sześciolatków

Sześciolatki pierwszoklasiści mają religię. Moją córkę religii uczy cherlawy młody człowiek. Na szczęście nie jest nawiedzoną katechetką, która straszy dzieci ogniem piekielnym. Pan od religii wygląda bardzo spokojnie i nie wydaje się być fanatyczny.

Ale oczywiście pozory mogą mylić.

Ostatnio dostałam maila, który bardzo mnie zaniepokoił. Pisała mama jednego z chłopców z klasy Maryśki.

Podobno chłopiec ów po lekcjach religii przestał sypiać, zaczął się moczyć i budzić w nocy z płaczem. Wszystko za sprawą filmu o ukrzyżowaniu Chrystusa, który to film kazał im oglądać pan katecheta.

Kiedy dostałam tego maila Mała była w szkole, więc nie mogłam się dopytać i poznać szczegółów u źródła. Ale poczułam niepokój…

Pytałam Małą kiedyś o lekcje religii - mówiła, że są fajne, że je lubi i lubi Pana katechetę. Ale pytałam już jakiś czas temu, a z maila wynikało, że to świeża sprawa.

Maryśka się nie moczy, ani nie zaczęła ostatnio moczyć, więc nie miałam namacalnych dowodów na to, że coś się dzieje, ale wiem również, że potrafi być skryta i jak coś się dzieje to niekiedy wstydzi się przyznać do strachu lub innych słabości. Więc jeśli jej za język nie pociągnę to nie będę wiedzieć.

Dlatego też regularnie ciągnę ją za język w różnych sprawach, ale o religii dawno nie mówiłyśmy.

Niecierpliwie czekałam na koniec lekcji.

Dla zabicia czasu czytałam co piszą ludzie na ten temat w Internecie, przegrzebałam fora, próbowałam znaleźć program dla pierwszej klasy. Kiedy wybiła godzina końca lekcji - wybiegłam z domu.

Dopadłam Małą i policzywszy do dziesięciu podpytałam o religię.

Szczyt dyplomacji… najpierw krążyłam wokół tematu, zadawałam podchwytliwe pytania. Drążyłam, wierciłam dziurę w brzuchu.

Maryśka religie bardzo lubi, Pan od religii jest super, a ostatnio to nawet oglądali: „taki fajny film o ukrzyżowaniu Chrystusa. Pan mówił, że będzie smutny, ale, wiesz mamo, wszystko się dobrze skończyło bo Jezus odumarł i poszedł do swojego taty do nieba. Fajnie ma. Też bym już chciała iść do nieba…”.

Zastanawiam się czy to kwestia wrażliwości?

Nadwrażliwości tego chłopca?

Braku wrażliwości Maryśki? – Nie, to wykluczam w przedbiegach.

 

11:36, matka_6_latki
Link Komentarze (2) »
piątek, 05 marca 2010
Chomik - czołowe zwierzątko szkolne

Dzieci coś widzą w chomiku. Może te czarne paciorkowate oczka, a może milutkie futerko. A może jedno i drugie. Ja widzę śmierdzący kłąb futra z maksymalnie 2 IQ.

Mamy w domu koty i myślałam, że to mnie uratuje przed rozmowami o chomiku, ale Mała się tak łatwo zbyć nie da. Jedna z najlepszych koleżanek Małej ma futrzastego paskuda i do tego notorycznie przynosi go do szkoły czym nakręca fobię Maryśki. Paskud jest w kolorze białym z paciorkami zamiast oczu. Nazywa się... Pianka...

Pianka jest teraz ulubionym zwierzątkiem Małej.

Nie, żebym nie lubiła zwierząt w ogóle, bo je kocham w zasadzie z założenia, ale co do niektórych nie mam przekonania, że należy je trzymać w domach.

Rybki, chomiczki, papużki, skoczki, tchórzofretki, myszki, gwarki, świnki morskie, susełki...

Brzmi cudownie ale na wolności.

Susełki jeszcze tylko u braci Coen w "Bracie, gdzie jesteś?".

"Susełka?"

Próbowałam przemówić Małej do rozsądku. Rozmawiać i tłumaczyć, a nie zabraniać - to moja filozofia.

Kiedy zwykłe argumenty zawiodły sięgnęłam po  specjalną broń - użyłam filozofii ekologów.

Kiedy i to zawiodło uciekłam się do argumentów cięższego kalibru - zaczęłam przemawiać obrazami: co by się stało, gdyby przypadkiem nie upilnowała chomiczka, a chomiczkiem zaopiekowałby się jej ukochany kotek.

Mała wylała morze łez. Wydawało się, że zrozumiała. Terapia szokowa zadziałała.

Wczoraj koleżanka znów przyniosła do szkoły. Potwory i upiory ożyły.

Chomiczka?

 

11:41, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 19 lutego 2010
Szkolne życie uczuciowe

- Mamo, Jasiek powiedział, że najbardziej kocha Olę, potem mnie, potem Marysię, a potem Kasię – oznajmiło szczęśliwe moje dziecko.

- Oj to Jasiek nie wart jest twojego uczucia. Mężczyzna powinien kochać tylko jedną kobietę – nie wiem czy nie za wcześnie na taką edukację, a cholera co tam, powinna wiedzieć!

- Ale ja go kocham.

- Nie warto.

- No dobra, kochałam Piotrusia, potem Kubę, teraz Jaśka, ale jak mówisz, że nie, to teraz kocham Mikołaja.

10:52, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 12 lutego 2010
Ferie, czyli zmora szefów

Ferie były dla nas zaskoczeniem. Teoretycznie wiem, że ferie są. Mówi się o nich rok rocznie w telewizji i sama też onegdaj do szkoły chodziłam i ferie miewałam.

Ale kiedy dziecko chodzi do przedszkola, człowiek się rozleniwia ze wszystkim, bo wszystko ma pod nos podsuwane i to wtedy kiedy chce.  I zapomina o bożym okrutnym świecie, który wiąże się ze wstawaniem przed siódmą, poranną gehenną, odrabianiem lekcji i feriach, które zawsze wypadają o tej samej porze.

Co w tym złego? Ano to, że po pierwsze ja o feriach przypomniałam sobie na tydzień przed nimi, że szkoła zamknięta, że z Małą coś zrobić trzeba w tym czasie. Że to czas nart, a na rozwój fizyczny dzieci, jak każdy przykładny warszawski modny rodzic kładziemy nacisk.

Ja to pół biedy, bo zdarzało nam się do Austrii nawet w ciemno jeździć i zawsze coś znajdywaliśmy. Podkreślę ZAWSZE.

I nie mam problemu z wakacjami po wariacku, więc punkt pierwszy byłby nawet minął bezboleśnie, gdyby nie to, że w trakcie trwania projektu musiałam powiedzieć szefowi, że wyjeżdżam i nie ma od tego odwołania, dyskusji, i w ogóle umarł w butach.

Szef to przełknął. Uff, choć nie był szczęśliwy – tu ukłony w stronę szefa, bo nigdy nie wiadomo, kto takiego bloga czytuje.

12:39, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 stycznia 2010
Ani eee ani eee

Nie angażuję się w życie trójki klasowej, nie należę do kółka zainteresowanych mam, roztaczających ochronny parasol nad moim maleństwem. Nie jestem zaprzyjaźniona z wychowawczynią, nie zgłaszam się na ochotnika na opiekuna dzieci na czas wycieczek, wypraw etc. Ja po prostu nie mam czasu. Nie leżę i nie pachnę w między czasie.

Podziwiam mamy, które nie opuściły ani jednej wizyty swojego dziecka na basenie (w ramach WF), mamy, które organizują kółka łyżwiarskie, razem z dojazdem na lodowisko.

Zastanawiam się czy to kwestia mojego lenistwa, czy nieumiejętnej organizacji.

Nie wiem, czy wcześniej wymieniane mamy pracują, czy mają więcej dzieci. Jak wygląda ich życie w ogóle. Jak one dają sobie z tym radę???

Wiem, że mi czasem brakuje czasu, żeby zejść do sklepu i chleb kupić, więc na wszelki wypadek mam kilka zamrożonych bułek.

Chciałabym się dowiedzieć, czy jestem rozleniwiona prywatnym przedszkolem i przyzwyczajona do wygód, które oferowało w ramach czesnego, ale które nie angażowało mnie specjalnie w sprawy dla mnie nie istotne, a jedynie raz na jakiś czas opiekunka grupy przedszkolnej przekazywała mi najważniejsze informacje o postępach lub ich braku mojego dziecka.

Niestety po przejściu Maryśki do szkoły sytuacja uległa zmianie.

Ja nie ogarniam:

A. comiesięcznych wpłat za:

- Stołówkę

- świetlicę

- basen

- ubezpieczenia

B. kontroli czy moje dziecko ma komplet książek i zeszytów, klejów, nożyczek, plasteliny, kartek, szczoteczki do zębów, pasty, mydła, oraz ręczników papierowych i tysięcy innych niezbędnych jej w klasie produktów. Każda z tych rzeczy zużywa się w niekontolowany sposób i w niekontrolowanym czasie - oczywiście zbyt szybko, i oczywiście każda z wymienionych rzeczy w innym momencie. Średnio raz w tygodniu Miśka zgłasza jakieś braki.

W tym tygodniu jest to zeszyt w linie i zeszyt do kaligrafii.

Zeszytów we wrześniu kupiłyśmy zapas, jak mi się wydawało na najbliższe 15 lat, a zeszyt do kaligrafii był u niej w zagródce w klasie i magicznie przepadł. Maryśka powiedziała, że kiedy dzieci kaligrafowały, ona na pożyczonej kartce w linie musiała pisać:

eeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee...

Czarna rozpacz

16:43, matka_6_latki
Link Komentarze (2) »
wtorek, 12 stycznia 2010
Po pierwsze Obowiązkowość

Okres jesienno zimowy nigdy nie był specjalnie fortunny. To czas zachorowań, chuchania na dziecko, strachu o byle gila i latania dziur na zastępstwo do chorych dzieci. Ponadto w naszym życiu rodzinnym nastąpiło kilka zmian większych i mniejszych, które automatycznie wpłynęły na moje uporczywe milczenie. Przynajmniej na blogu, w życiu realnym milczę raczej mało.

Maryśka robi w szkole niesamowite postępy. Fantastycznie daje sobie radę z liczeniem - dodaje  i odejmuje w pamięci w ramach 10, Czyta coraz lepiej, a tym samym chętniej i więcej. Ostatnio zabroniła czytać sobie polecenia do zadań i prac domowych. Pani kazał im czytać samym, co też Maryśka skrupulatnie wykonuje, czerpiąc z tego ogromną przyjemność.

Nie zawsze jednak było tak różowo. Czasem odrabianie prac domowych to był horror. Nauczycielka wyszła z założenia, że codzienny obowiązek wyrobi w dzieciach odpowiednie, czytaj właściwe nawyki - OBOWIĄZKOWOŚĆ. Oczywiście od razu u Maryśki wywołało to BUNT. Do tej pory mogła po powrocie w przedszkola bawić się do woli. Teraz jej przerywałam i zmuszałam do pracy i wysiłku umysłowego.

Szczerze, też bym się zbuntowała.

Kupiliśmy nowe biurko, z szafeczką, lampeczką, cudami wiankami. Że niby to miało jej dodać tu i ówdzie, mile połechtać gdzie bądź.

To jednak nie było to.

Aż tu  nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki Maryśce zaczęło się udawać, zaczęła czytać, liczyć jeszcze lepiej niż do tej pory. Zaskoczyła.

To był moment przełomowy. Praca domowa przestała być koszmarem.

Uff.

Dla mnie też.

 

12:24, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 października 2009
Matka pracująca

Młody zaczyna się wiercić w łóżku koło 6.30. W małżeńskim łóżku, bo dziś przy trzeciej pobudce znów nie miałam siły go lulać w jego łóżeczku, więc go wzięłam do nas. Ja wiem, że to ma krótkie nogi. Trudno. Ja chcę się wyspać.

- Maryśka wstawaj, kochanie. Pora do szkoły.

Ani drgnie. Szykuję śniadanie, mleko dla młodego.

- Maryś, szybciutko.

- Hmmmm - mruczy Mała, przewracając się na drugi bok.

A mówiłam wieczorem, żeby już spała, a nie hasała po pokoju do Bóg wie której. Ale tu przecież trzeba przeczytać bajkę, poprzytulać się, przykryć lalkę-faworytkę kołderką, włączyć lampkę, wyłączyć lampkę, pogłaskać kota, zamienić kołdrę na koc, włączyć lampkę, zamienić koc na kołdrę, rozplątac warkocze... etc.

Kanapka jedna pokrojona w kosteczkę dla Młodego. Kanapka druga przekrojona na pół, ogórek, gorąca herbata.

A w głowie szybkie procesy myślowe:

- Niania wychodzi o 17.30. Trzeba przejąć Młodego

- Pracę kończę o 18.

- Maryśkę odbieram ze szkoły do 17.

- Zebranie szkolne zaczyna się o 18.

W ciągu jednej godziny muszę być w czterech miejscach na raz.

To zadanie dla Matki Pracującej!

- Maryś, hop, hop. Tu masz ubranie, tu śniadanie. Leć się myć i pędzimy.

W drodze do pracy wykonałam kilka telefonów. Oto owoce ustaleń.

Ja siedzę w pracy do 18, ale wyjdę kwadrans wcześniej.

Moja mama, która odbiera dziś ojca z lotniska po drodze (bardzo nie po drodze) pojedzie wcześniej po Małą i pojedzie do siebie do domu.

Ciocia, która nie zna Młodego, ale za to zna nianię pojedzie do mojej mamy i przejmie Maryśkę. A potem uda się do nas do domu.

Tam pobędzie godzinkę - dwie z nianią i Młodym, żeby Młody się z nią oswoił.

Niania wyjdzie.

Zostanie ciocia, Maryśka i Młody

Maryśka zrobi prace domową i powie cioci co i jak u nas w domu.

Ciocia położy dzieci spać.

Ja wrócę do domu po zebraniu. Podziękuję cioci, przeproszę za kłopot i zrobię obiad na jutro, bo druga - jutrzejsza niania nie gotuje.

Maryśka jest szczęśliwa, bo coś się dzieje.

Coś.

14:21, matka_6_latki
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 października 2009
Upiory dzieciństwa

Pamiętacie dni, kiedy nic wam do głowy nie wchodziło? Może słońce za mocno świeciło, a może dostaliście właśnie nową zabawkę? Koleżanka/ kolega powiedział/-a właśnie coś wyjątkowo miłego, albo wręcz odwrotnie - wrednego? W każdym razie wydarzyło się coś, co nie pozwalało wam się skupić na zadanych ćwiczeniach.

Rodzice siedzieli nad wami marząc o tym, żeby usłyszeć wreszcie prawidłową odpowiedź, ale wy jej nie znajdowaliście. Pewnie była gdzieś w pobliżu, ale przegrywała z nową piłka, filmem obejrzanym telewizji, albo choćby z pianą w kąpieli.

Cokolwiek to nie było, prawidłowe odpowiedzi na rodzicielskie pytania rosły wam w gardle niczym kluchy i nie chciały wydostać się za zewnątrz. W końcu znajdowały ujście. Płynęły obficie po policzkach.

Ja pamiętam te chwile bardzo dobrze i pamiętam również, jak mówiłam, że ja nigdy taka nie będę. Nigdy nie będę tak się nad swoim dzieckiem „znęcać”.

Tym bardziej jestem przerażona i jest mi po ludzku przykro, że mnie to nic a nic nie nauczyło. Że jestem taka sama, jak mój ojciec, który wściekał się, bo czegoś nie umiałam, bo mi nie wychodziło.

Pamiętam, że im bardziej mi nie wychodziło tym bardziej on się wściekał. Im bardziej się wściekał tym bardziej mi nie wychodziło.

Wąż zjadał swój ogon…

Dziś zaczął konsumpcje na nowo.

Poniosłam porażkę. Pedagogiczną. Zawiodłam również jako matka. Nie umiałam się powstrzymać i się wściekłam.

Na moje własne cudowne i mądre dziecko, bo nie było w stanie zapamiętać kilku słówek po angielsku.

Wstyd mi za siebie.

Obudziłam upiory dzieciństwa.

22:41, matka_6_latki
Link Komentarze (2) »
środa, 14 października 2009
Dwie córeczki w jednej

Od pierwszego września mam w domu aż dwie córeczki. Dwie córeczki w jednej.

Maryśka Pierwsza:

Poszła właśnie do szkoły. Jest dużą odpowiedzialną dziewczynką. Lubi się uczyć, umawiać się z koleżankami po szkole i chodzić spać do babci w weekend. Kocha się przytulać, ale zazwyczaj nie ma na to czasu, bo musi:

Przewinąć lalki, Narysować rysunek, Napisać list do koleżanki, Pograć na komputerze, pójść na rolki lub rower, poganiać się z kotami, poczytać, napisać książkę (czasem od prawej do lewej, ale za to zawsze o krulewnie przez „U”.)

Ponadto chętnie wykazuje się samodzielnością, uczy się numerów telefonów rodziny na pamięć i nie straszne są dla niej szczepionki – no prawie.

Maryśka Druga:

Podkrada bratu smoczki, chętnie wysiudałaby go z wózka, czasem próbuje ssać kciuk. Chętnie mówi „Nie umiem” i „nie wiem jak”.

Nagle oduczyła się pływać. Najwygodniejsze miejsce w domu, to moje kolana.

Kocham je obie

21:20, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 października 2009
Wybory matki

Dziś zawiozłam Małą jak zwykle do szkoły na rano. W piątek na pierwszej lekcji dzieci mają religię. Pan od religii przychodzi na styk. I sala była jeszcze zamknięta, a ja musiałam pilnie wyjść. Nie mogłam czekać ani chwili dłużej, bo wiedziałam, że i tak jestem w niedoczasie. Widziałam, że inni rodzice zostawiali swoje dzieci ( z Klasy Maryśki) i wychodzili przed rozpoczęciem lekcji i bez zbędnych i wylewnych pożegnań.

Ale to był mój pierwszy raz. To był pierwszy raz Maryśki. Jak powiedziałam jej, że musi pięć minut poczekać  przed klasą oczy zaszły jej łzami, a broda zaczęła się niebezpiecznie trząść. Kierowałam się w stronę wyjścia, ale Mała wczepiała się coraz mocniej w moja spódnicę i coraz głośniej prosiła, abym nie wychodziła.

Ale ja musiałam. Ten jeden raz - musiałam.

Stanęłam przed dylematem:

A. Być wredną i wyrodna matką, ale dotrzymać terminów.

B. Być kochaną, słodką mamusią, ale kompletnie nawalić. (niekiedy trzy minuty opóźnienia rano, daje na warszawskich ulicach efekt domina: Wszystko się wali, na ulice wyjeżdża więcej samochodów niż zwykle i spóźnienie nie wynosi trzy minuty, a pół godziny.

Myśleć musiałam bardzo szybko. Decyzję podjęłam błyskawicznie:

Wybrałam opcję:

C. Być kochaną, słodką mamusią i wyjść natychmiast

Nie jestem złą matką zostawiając Małą w szkole, na ławeczce przed klasą - myślałam - Nie porzucam jej w lesie. Obok czeka wiele dzieci bez rodziców. Przyda jej się odrobina samodzielności. Ale gdzieś tam w środku sama w to nie wierzyłam.

I wyszłam.

I porzuciłam dziecko.

A jak wróciłam z pracy to Maryśka z wypiekami na twarzy opowiadała właśnie babci – która ją dziś odbierała, jak to była dziś rano dzielna, bo sama poczekała przed klasą na nauczycielkę.

20:51, matka_6_latki
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3